Dnia trzeciego bladym świtem zerwaliśmy się z łóżek w Lubniewicach, aby dostać się autobusem do Trzemeszna Lubuskiego, skąd chcieliśmy ruszyć pieszo do Łagowa. Autobus, rzecz jasna, nie przyjechał. Nie było również taksówek, co kazało nam zweryfikować dotychczasowe zwyczaje. Złapaliśmy stopa do Wedrzyna, a stamtąd kolejnego do Trzemeszna. Rozpoczęliśmy wędrówkę na południe. Zahaczyliśmy o Jezioro Buszenko, wspięliśmy się na Górę Górajec (jedno z najwyższych wzgórz moreny czołowej w lubuskiem) i dotarliśmy do Jeziora Ciecz. Piękne krajobrazy jesieni pozostały jednak tylko w mej pamięci. Baterie w aparacie straciły bowiem swą moc.

Sam Łagów, zgodnie z oczekiwaniami, nas oczarował. Na przesmyku między dwoma jeziorami znajduje się XIII-wieczny zamek joannitów. Zamkowe bramy nie pozwalają na przejazd przez przesmyk autobusów i większych pojazdów, toteż z Łagowa można wydostać się z jednej lub drugiej strony jezior.

Oprócz samego zamku, wrażenie robi wysoki na 20 m wiadukt nieczynnej linii kolejowej Toporów - Międzyrzecz.

Z Łagowa autobusem dojechaliśmy do Świebodzina, gdzie zakwaterowaliśmy się w doskonale pamiętającym PRL Hotelu Lubuskim.
1 komentarze:
O tak, Łagów jest uroczy :)
Prześlij komentarz